Tradycyjne podejście do tworzenia bogactwa polega na inwestowaniu, często w rzeczy namacalne lub takie które z definicji przynoszą możliwość generowania dodatnich przepływów pieniężnych. Wielokrotnie podawanym przykładem są oczywiście nieruchomości oraz akcje, gdyż zarówno pierwsze jak i drugie potrafią umożliwić ich właścicielowi regularny dopływ gotówki.

Nieruchomości są uznawane przez takich inwestorów jak chociażby Donald Trump za idealny wehikuł inwestycyjny. Bez względu na to czy mówimy o nieruchomościach komercyjnych czy mieszkaniowych – obydwa typy dają posiadaczowi możliwość uzyskiwania wpływów chociażby z tytułu wynajmu. Żadnej ameryki nie odkryłem, tym bardziej, jeżeli dodam jako przykład wspomniane wcześniej akcje preferowane przez takie wybitne jednostki jak Warren Buffet, których posiadacze otrzymują dywidendę z zysku generowanego przez przedsiębiorstwo. W obydwu przypadkach wymieniłem sylwetki inwestorów amerykańskich, tylko dlatego, że ich przynależność do konkretnej klasy aktywów jest widoczna wyraźniej, niż w przypadku rodzimych reprezentantów listy Forbesa.

No dobrze, dobrze. Ale czy we wspomniane aktywa można tylko inwestować? Czy można je traktować jedynie jako aktywa? Spójrzmy zatem na sprawę nieco inaczej.

Zarówno nieruchomości, jak i akcje można próbować nabyć po cenie preferencyjnej, by następnie sprzedać je przy kolejnej nadarzającej się okazji. Można to zrobić w sposób, którego celem jest jedynie zainkasowanie korzystnej różnicy między ceną kupna a sprzedaży. Tego typu transakcje noszą miano spekulacji, która zaraz obok handlu walutą była w polskiej rzeczywistości komunistycznej karana nawet śmiercią. Przez ostatnie 25 lat doszliśmy jednak do wniosku, że spekulacja w kapitalizmie jest rzeczą gloryfikowaną, a bogactwo może być uzyskiwane nawet bez przyczynienia się do fizycznego wytworzenia jakiegokolwiek dobra. Tak działa w końcu cały sektor usług, który wraz z upływem czasu stanowi coraz większą część PKB krajów rozwiniętych.

Zatem czy spekulacja musi być rozumiana, jako coś złego? Pomimo ogólnej opinii – nie musi, gdyż każdy z nas ma takie samo prawo do ryzykowania swoim kapitałem w celu jego pomnożenia przy spełnieniu się zakładanego scenariusza. Oczywiście osiąganie zysków w ten sposób opiera się na założeniu, że naszym kontrahentem zawsze jest druga strona transakcji, zatem każda zarobiona złotówka oznacza dla kogoś stratę. Nawet jeżeli osoba od której odkupiliśmy/pożyczyliśmy dany walor, tak naprawdę zdążyła już na nim zarobić, to nasze działanie powoduje utratę przez taką osobę potencjalnych korzyści, wynikających z dalszego posiadania. Pytanie brzmi jednak, czy w odwrotnej sytuacji ktokolwiek by spędził chociaż chwilę na zastanawianiu się nad naszym losem?

Żyjemy w dobie dominacji kapitalizmu na świecie, zatem przyznanie się do tego, że jest się spekulantem nie powinno budzić żadnych negatywnych skojarzeń. Bycie nim nie wyklucza możliwości inwestowania, jednak zdawanie sobie sprawy z możliwości, jakie daje spekulacja generuje więcej okazji do stosunkowo szybszego pomnożenia kapitału. Wychodzę bowiem z założenia, że inwestowanie jest najczęściej procesem długoterminowym, dobrym do tego, aby utrzymać już wypracowane bogactwo. Jednostki, które są dopiero na dorobku powinny zwracać o wiele większą uwagę na możliwości, jakie daje spekulacja. Tym bardziej, jeżeli coraz wyraźniejsze staje się rozwarstwienie społeczeństwa oraz zanik klasy średniej. Wszystko to powoduje, że bogactwo należy budować jeszcze szybciej, niż kiedykolwiek dotychczas.

Spekulacja paradoksalnie może okazać jedyną drogą do wejścia na szybką ścieżkę finansowego rozwoju dla jednostek z ograniczonym zasobem kapitału startowego.

I pomyśleć, że sam jeszcze kilka lat temu zaczynałem od 100$ na rynku walutowym. Tak wiele zawdzięczam spekulacji ale też jeszcze więcej konkretnej pracy nad warsztatem i ogólnie pojętym rozwojem osobistym. W końcu rynek to ostatnie miejsce, gdzie można oczekiwać dostania czegoś za darmo.

„There’s no such thing as a free lunch.”
Milton Friedman